Książeczki dla dzieci – quo vadis?!

Książeczki dla dzieci – quo vadis?!

posted in: Domowo, Książki, Mądrości Mamuu | 0

stos książek aMamuu lubi książki. Czytać, kupować, kolekcjonować. Względnie niegroźne zboczenie (mam nadzieję), zwłaszcza, że ogranicza mnie budżet domowy. Cieszę się tym bardziej, że Młody również lubi czytać. Może inaczej – słuchać i smakować (tu akurat dosłownie niestety). Nie ma dnia, aby nie kazał sobie przeczytać książeczki sadowiąc się obok (Pana Męża i Ojca) lub na tobie (na Mamuu głównie. Podejrzane, bo ja zbyt miękka to nie jestem). Jedne czyta sporadycznie, inne wałkujemy, aż pytam się ILE MOŻNA?! (wiecie o czym piszę: 15 raz czytasz Kicię Kocię w Pociągu a jest dopiero godzina 16…), ale zawsze bardzo się cieszę, gdy wybiera ten typ „zabawy”.

Siedzę więc nie raz i nie dwa i szukam jakiś „fajnych” książeczek, które mogłyby (choć chwilowo) zastąpić literaturę będącą właśnie „na tapecie”. Siedzę i szukam, docycuję, siedzę i szukam, docycuje, po pół godzinie wracam, choć wszyscy już śpią i dalej siedzę i szukam…

Nie ma dużych wymagań co do książeczek.

  1. Po pierwsze chciałabym aby miały tekst w ilości większej niż jeden wyraz na stronie (mówię o książkach >1 rż)…
  2. … oraz żeby miały WYRAŹNE obrazki. Gdzie kot jest kotem, a nie rozjechanym, anorektycznym niedźwiedziem polarnym.

Po pewnym czasie wertowania półek sklepowych i stron internetowych doszłam do wniosku, że mam jednak za duże wymagania. Ja oczywiście rozumiem, że to kwestia mojej niskiej wrażliwości artystycznej, że się czepiam i w ogóle, ale ostatnio obserwuję pewien trend wydawnictw, który powoduje, że mam mocno utrudnione zadanie. Oraz, że bez wycieczki do księgarni się obejść nie może (jeśli nie mogę znaleźć zdjęć książeczek na blogach 😉 ).

 

Udało mi się wyróżnić kilka typów książeczek:

  1. Książeczki kontrastowe. Dla noworodków/niemowlaków. Mamy ten etap już dawno za sobą, ale ciągle wracam nostalgią do momentu, kiedy w pełnej dumie pokazuje czarnego żółwia na białym tle i mądrze tłumaczę, że to żółw błotny, który jest pod ochroną, a w ogóle to jako jedyny żyje w Polsce… Czujecie klimat? Wyobraźcie sobie minę dziadków, kiedy taka litania była prowadzona kilka razy dziennie do 2 miesięcznego szkraba. Ja Wam mówię, 6 z biologii w podstawówce murowana. Zdjęcia poglądowego brak. Książeczki zaginęły w boju. Czy warto? W sumie… tak. Do niemowląt warto mówić, a mając taki obrazek przed oczami łatwiej znaleźć inny temat niż „właśnie przebieramy pieluszkę…”. Ale można również wydrukować czarno-białe obrazki z sieci. Ja kupiłam swoje obrazki w taniej książce za 5 zł. Można też kupić wersję „tekturowych kartek” np. firmy CzuCzu.dog
  2. Książeczki z obrazkiem i podpisem. Interesujące zarówno dla mniejszego dziecka, jak i trochę większego. U mnie ciągle się jakieś walają, choć jakoś specjalnie ich nie lubię. Młody liter na razie i tak nie rozpoznaje, a samochód czy biedronkę mogę pokazać w innej książeczce. Plusem ich jest zwykle mały, poręczny kształt. Tak jak wyżej, występują również w postaci tekturowych karteczek z podpisem. Podpisy można również znaleźć w innych językach, ale o tym innym razem 🙂
    obrazki z podpisem a
    Owieczka jaka jest – każdy widzi. Po prawej.

     

  3. Małe, tekturowe książeczki z wierszykami lub bajkami. Jedne z moich ulubionych. Zarówno z wierszami polskich poetów (Tuwim, Brzechwa), jak i zwykłymi rymowankami (tu prym wiedzie Disney). Przerób mamy znaczny, Młody niestety o książki nie dba (choć jest coraz lepiej). Ich dużą zaletą są proste obrazki, wyraźny (i świetny!) tekst i CENA. Nie mam stresu jeśli Młody ją zje, potarga, pogryzie. Nawet jeśli nie uda mi się jej po raz piąty skleić, to dalej kosztowała 5 zł a nie 50 zł.
    tuwim a
    „Mój buraku mój czerwony…”

     

  4. Książeczki-tasiemce. Kartki miękkie, dla starszego dziecka (1,5-2+ ?), z wyraźnymi obrazkami i tekstem tyczącym się „życia”. Taka telenowela dla maluchów objaśniająca świat. Do tej serii należą książeczki takie jak: „Kicia Kocia”, „Basia” czy „Mądra Mysz” (dla starszych). Bardzo je lubię, choć początkowo byłam niechętna (trafiłam tylko na Basię, i jak dla Młodego miała za długie testy). Dużo łatwiej wyjaśnić Młodemu, że „teraz myjemy rączki, Kicia Kocia myła rączki przed posiłkiem” niż tłumaczyć o wirtualnych bakteriach i chorobach…
    Kicia Kocia a
    Zgadnij, która ulubiona? 😉

     

  5. Baśnie i zbiory wierszy. Tłumaczyć nie trzeba. Albo na tekturowych kartkach, albo na giętkich. Do wyboru do koloru. Lubię. Młody też.
    lokomotywa a
    Lokomotywa to od kilku miesięcy nr 1

     

  6. Książki, które w zasadzie są albumami (?). Często są przepiękne. Obrazki dopracowane do ostatniego pociągnięcia. Nic tylko siedzieć i patrzeć. O ile twoje 2 letnie dziecko jest w stanie skupić się dłużej niż 1 minutę patrząc na szczegóły. I nie ukrywam, bardzo mi się podobają. Zanim jednak wyłożysz na ten album 40 zł, zastanów się czy TWOJE dziecko będzie je oglądać. Są dzieci, które w wieku 1,5 roku będą siedzieć i pełnymi zdaniami opowiadać co widzą na obrazku (przynajmniej tak wynika z informacji z 90% blogów jakie czytuje. Widać tylko moje dziecko takie oporne i woli „brym brym i fufu”). Ale te książeczki są najczęściej dedykowane na 3+.
    album a
    Niektóre książeczki można oglądać i oglądać

     

  7. To co wiąże się z punktem wyżej. A mianowicie – BRAK testu. Są książki, których cały urok polega na opisywaniu przez rodzica historii (np. „Proszę mnie przytulić”). Są super, dają ogromne pole do popisu dla rodzica, i je rozumiem. Ale książka, w której jest obrazek (często udziwniony) przez kilka stron i.. tyle? Tych książek nie znoszę, ostatnio rozpleniły się jak chwasty na polu. Wyzierają z każdej półki w księgarni i ilekroć pytam o coś dla Młodego są mi wręczane. Nie, nie i jeszcze raz nie! (Zdjęcia brak, omijam szerokim łukiem).
  8. O. Albo jedno zdanie i to jeszcze napisane czcionką, która wymaga ode mnie (od męża bardziej 😉 ) zastanowienia się czy to jeszcze tekst czy to już obrazek… no niekoniecznie.
  9. Są jeszcze książeczki, które wymagają od Młodego interakcji. Czasami świadomie – jak np. trzeba nacisnąć aby wydały dźwięk, albo uchylić okienko, żeby coś zobaczyć (np. „Kochane Zoo”) albo całkiem nieświadomie. Młody uwielbiał przerzucać klocki przez dziurkę w książce „Kto robi Hu-Hu”. Lubię te książeczki, po warunkiem, że interaktywność nie jest ponad resztą książeczki.
    książka interaktywna a
    Jak cykają świerszcze?

 

Nie zrozumcie mnie źle, lubię różnorodność. Jednak ostatnio coraz trudniej znaleźć mi proste książki, z tekstem (na poziomie malucha) i z WYRAŹNYMI, prostymi obrazkami. Na udziwnianie przyjdzie jeszcze czas.

A Wy co lubicie czytać Maluchom? Potrafią się skupić na tekście czy wolą oglądać obrazki? Mają swoje ulubione książeczki?

I gdzie kupujecie? Cena jest dla was ważna?